Za energię elektryczna już teraz płacimy więcej niż Niemcy, Austriacy czy Luksemburczycy, podczas gdy zaledwie dwa lata temu, Polska była jednym z tańszych krajów w tej kategorii. Co ważne, ceny nie tylko nie spadną, ale przez najbliższe 10 lat czekają nas regularne podwyżki.

Do 2030 za 1 mWh zapłacą w przybliżeniu 380 złotych co będzie wzrostem o 20% w stosunku do poziomu sprzed 5 lat. To zupełnie niemało, zwłaszcza przy szacunkach nie uwzględniających inflacji. O ile ta informacja już jest nieciekawa, o tyle prawdziwy horror rozegra się w następnym akapicie.

Jeszcze większe podwyżki mają nastąpić w przypadku gospodarstw domowych. W optymistycznej wersji będzie to podwyżka o około 20-22%, w pesymistycznej już 40%. Nie brakuje również wizji katastroficznych, wieszczących wzrost energii o 80%. Dlaczego?

Rok temu UE ogłosiła tzw. neutralność klimatyczną. Brukselscy urzędnicy założyli, że do 2050 r. 80 proc. energii elektrycznej będzie pochodzić z OZE. Do 2030 r. Unia postawiła za cel zmniejszenie emisyjności CO2 o 45 proc i realizują to poprzez nakładanie na państwa członkowskie podatku. O ile kilka lat temu za emisję 1 tony dwutlenku trzeba było zapłacić 5-6 Euro, o tyle dziś stawka ta uległa podwojeniu.

Państwowe spółki otwarcie mówią o podwyżkach cen prądu o nawet 40% jednocześnie informując o tym, że będą starały się opracować plany taryfowe, dzięki którym przeciętny Polak nie od razu odczuje znaczących zmian, pamiętajmy jednak, że sytuacja jest daleka od stabilnej, ponieważ oprócz opłaty za emisję CO2 UE już niebawem może posłużyć się instrumentem, który jeszcze bardziej wpłynie na podwyżki – mowa tutaj o podatku węglowym, który w przypadku Polski, której gospodarka energetyczna węglem stoi, może okazać się bardzo kosztowny.

Rzeczony podatek ma wynosić około 40$ za tonę węgla, do 2030 roku już 75$, co w takiej sytuacji może spowodować wzrost cen już nie o 20% lecz co najmniej o 40%.

Nie bez znaczenia w tym kontekście są oczywiście przychody największych polskich spółek energetycznych. Jak czytamy na oficjalnym profilu PGE w ostatnich 3 kwartałach wypracowała zysk netto w wysokości 2,2 mld złotych czyli o 29% wyższy niż w tożsamym okresie w zeszłym roku. Niegorzej ma się Tauron z zyskiem 4,86 mld zł czy Energa, która wypracowała zyski o 15 % większe niż w ubiegłym roku. W obliczu tak dobrych informacji, może pojawić się myśl, że z uwagi na wypracowany zysk firmy energetyczne mogłyby spowolnić wzrosty cen.

Niestety. Okazuje się, że to jedynie ułamek kwoty, która będzie im potrzeba. Przed dostawcami czas ogromnych wydatków. Do 2030 roku zapotrzebowanie na energię wzrośnie o 36%. Stare bloki energetyczne będą musiały zostać zmodernizowane lub zastąpione nowymi, co pochłonie do 80 mld zł.

Dodatkowo może okazać się, że to nie nasze rodzime firmy a Komisja Europejska będzie dyktowała kryteria inwestycji.

KE będzie określała standardy emisyjne na tyle wyśrubowane, że tanie elektrownie węglowe nie przejdą. To będą albo elektrownie węglowe z bardzo zawyżonymi normami emisji, albo jądrowe lub wiatrowe. A to wszystko inwestycje kapitałochłonne – zauważa Maciej Bukowski z SGH.

Jeśli ten czarny, trój-etapowy scenariusz się sprawdzi, będziemy mogli mówić już nie o 20, ani 40% podwyżki tylko o wzrostach rzędu 80%.

078

Comments are closed.